Jedna z bliskich mi osob niedawno odeszla od meza. Rodzina jest w szoku - przeciez nie pil, nie wloczyl sie, dobrze a nawet bardzo dobrze zarabial. O co jej chodzi - miala wszystko - nie ma dowodu na to by ja zdradzal itd… Ona ma jeden podstawowy argument - juz go nie kocha. I nie chodzi tu o to, ze kocha juz kogos innego, po prostu nie kocha juz jego. Do nikogo to nie przemawia, kazdy szuka drugiego dna, czegos namacalnego - jakiegos bil ja, przepijal pieniadze i molestowal dzieci - nikt nie rozumie, ze mozna odejsc od domu, samochodu, pieniedzy i ojca dzieci - bo juz sie go nie kocha a jest sie zbyt mlodym by tkwic przez nastepne 50 lat gdzies, gdzie juz sie nie chce byc. Dlaczego przestalismy wiazac malzenstwo z miloscia? Dlaczego tak naturalnie wszyscy rozumieja - zostal dla dzieci, poswiecila sie bo ma z nim spokuj finansowy, maja wspolne mieszkanie, psa, samochod itd??? Dlaczego potepia sie szczerosc - nie kocham juz tej osoby - to koniec naszej drogi. Ja trzymam kciuki za moja Kasie i zycze jej duzo szczescia, byc moze za rogiem nie czeka na nia ksiaze z bajki - ale teraz chociaz jest szansa ze jeszcze sie zakocha. Wybarala milosc - jesli boli, to co.